• klubalpin@klubalpin.pl
  • 602 262 955
  • Aktualności

Fotogaleria Mariazell 2017

sobota , Sie 12 2017
4677

Podziękowanie dla pielgrzymów

środa , Lip 19 2017
8478

Chrystus Zmartwychwstał

sobota , Kwi 15 2017
16797

Mariazell 2017

Fotogaleria Mariazell 2017

Fotogaleria Mariazell ...

2017-08-12 19:33:17

Podziękowanie dla pielgrzymów

Podziękowanie dla ...

2017-07-19 12:06:21

Dzień VIII - Traisen-Mariazell

Dzień VIII - ...

2017-07-14 22:09:53

Dziś wystartował Tour de France. Podobno dwa odcinki odbywaja się w Anglii. Od razu widać, że boją sie konfrontacji z nami i czekają, aż sie trochę oddalimy, wtedy wrócą na kontynent. Zostawmy jednak ten wyścig, a przejdźmy na wyższy „level” kręcenia-pielgrzymkę rowerową. Dziś to już czwarty dzień. Jedziemy do stolicy Słowacji, miasta położonego „nad pięknym modrym Dunajem”. Nie wszystko zaczęło sie jednak tak dobrze. Rano tradycyjnie wszyscy krążyli na autopilocie (nie, nie wcale nie w taki sposób jak rozumiemy to tradycyjnie) gotowi za dwie godziny snu odać wszystko oprócz roweru. U niektórych wydawało się, że procesor nawet pracuje, ale niektórzy „totalna zawieszka”. Jednak Msza św. pod przewodnictwem ks. Pawła i słowo o budowaniu kultury, naszego ojca duchownego – ks. Stanisława - spowodowały, że co do niektórych zaczęło wracać życie.

„Rząd dusz” jaki posiada nad pielgrzymami kucharz powoduje, że na śniadanie (w przeciwieństwie do Mszy św.) wszyscy są jak na zawołanie. Szybkie pakowanie dobytku (w tej kwestii „szybkie” jest pojęciem względnym), walka z bagażem, aby go zataszczyć do autobusu, krótka wizyta w serwisie, gdzie niczym na nowoczesnym aeropagu można wrzucić kamyczek do „rowerowego ogródka” i można jechać. Tradycyjnie już w asyście policji wyruszyliśmy w kierunku Bratysławy. Na dobry początek dnia, jak to ładnie podkreślił nasz pilot, brat Damian Chłanda, lekkie zmarszczki. Najpierw podjazd, a potem też płasko nie było, a kiedy wydawało się , że nareszcie jest czas na upragnioną „drzemkę za kółkiem” to znowu podjazd, i tak przez 20 km. Oczywiście jak zawsze dwie rzeczy rekompensuja nam to wszystko: smaczne arbuzy (które na tej trasie pojawiały się coraz częściej) i satysfakcja, że dało sie rady wyjechać. W tzw. międzyczasie krótka modlitwa i dalej to już było równo jak po stole. Kolarze musieli również nastawić się na walkę z wiatrem, bo jak historia długa, na tym etapie powiedzenie „kolarzowi wiatr zawsze w oczy”przeważnie sie spełniało. Warto wspomnieć, że w 2007 roku na tym odcinku zanotowaliśmy rekordową temperaturę – 41 stopni. Do Bratysławy wjechaliśmy w asyście policjii, która to zaprowadziła nas pod samą bramę szkoły. Krótka modlitwa, szybki prysznic, pyszne jedzonko i czego można więcej chcieć od życia. Dzisiaj gra Holandia, więc kończę i pedzę na mecz.