• klubalpin@klubalpin.pl
  • 602 262 955
  • Aktualności

Fotogaleria Mariazell 2017

sobota , Sie 12 2017
10431

Podziękowanie dla pielgrzymów

środa , Lip 19 2017
15347

Chrystus Zmartwychwstał

sobota , Kwi 15 2017
23929

Mariazell 2017

Fotogaleria Mariazell 2017

Fotogaleria Mariazell ...

2017-08-12 19:33:17

Podziękowanie dla pielgrzymów

Podziękowanie dla ...

2017-07-19 12:06:21

Dzień VIII - Traisen-Mariazell

Dzień VIII - ...

2017-07-14 22:09:53

Dostojnie i władczo prezentujący się zamek na Hradczanach, był jednym z ostatnich widoków jaki towarzyszył pielgrzymom którzy opuścili dziś ziemię słowacką, a wjechali na teren Austrii. Tym samym zostawiliśmy za sobą kolejny kraj, bardzo specyficzny w swej mowie niby podobnej do naszej, lecz niezwykle zdradliwej ( o czym wielu przekonało się na własnej skórze), zostawiliśmy za sobą pewną beztroskę, miejscową Billę, bażanta ze złota (w tej kwesti to Słowacy mają cały zwierzyniec), a wjechaliśmy do kraju gdzie zasada „Ordnung muss sein” traktowany jest niczym jedenaste przykazanie. Zmieniła się mentalność, zwyczaje (kobiety zaczęły nosić brodę, i nazywać się podobnie jak salceson, albo salami) zmieniły się rejestracje na samochodach, zmieniły się same samochody (jak „ordnung” to obowiązkowo „Das Auto”), ale najbardziej to zmienił się krajobraz, który z kilometra na kilometr bardziej przypominał surrealistyczny krajobraz żywcem wzięty z powieści Stanisława Lema. Powodem tego była ogromna ilość elektrownii wiatrowych (dla niewtajemniczonych – elektrownia wiatrowa to taki polski wiatrak produkujący prąd), które przecinały austryjackie niebo.

Nic jednak nie zrażało dzielnych kolarzy, którzy niczym sprinterzy mknęli przez coraz wspanialsze tereny, rozglądając się na lewo i prawo, zastanawiając się, dlaczego nie może być tak u nas (od razu odpowiadam, poniewaz trzebamieć fantazję). Nasz dzielny tabor pomocniczy w składzie: wesołe chłopaki z serwisu, którzy niczym dziewczyny ze znanego teledysku o słowianach serwują na postoju naszym kolarzom różne smakołyki, szybki i (ale nie wściekły) skuteczny brat Tomasz – ratownik, gotowy dla kolarz utoczyć własnej krwi, oraz kierownik (od zamieszania) transportu, czyli brat Wiesław (ps. towarzysz Wiesław) cały czas pilnie podążali za peletonem. Ich rola jest nie do przecenienia zwłaszcza jak mają coś zimnego do picia. Po wielu, wielu kilometrach, za górami za lasami, niczym w z bajki braci Grimm pojawił się Hartberg, miejsce docelowe dzisiejszego etapu. Jak zawsze humor poprawił wszystkim pyszny posiłek. Po strawie dla ciała, prawie, że na deser ojciec duchowny zaserwował nam lekkostrawna dawkę modlitwy, po której wszyscy udaliśmy się na upragniony wypoczynek. Był on tym bardziej ważny, że rozpoczynął dzień wolnego. Do napisania więc we wtorek.